Stukanie końskich kopyt odbijało się echem pośród konarów drzew. Wiatr śpiewał w koronach drzew stare historie. Moje mięśnie były napięte do granic możliwości, bałam się powrotu. Sama pośród drzew, które kiedyś były dla mnie domem, dziś były mi obce.Gościniec rysował się sennie pod długimi cieniami wieczornymi. Niedługo góry zostały ozłocone blaskiem zachodzącego słońca. Powietrze szarzało, a liście na drzewach poruszały się lekko. Nagle do mych uszu doszedł tenten kopyt. Zatrzymałam konia. Rozglądałam się, aby zobaczyć kto w moim kierunku jedzie, ale nie mogłam niczego dostrzec z powodu licznych zakrętów i nierówności gościńca. Wtem moim oczo ukazał się galpujący biały koń. W zmierzchu uprząż migotała i świciła tak mocno, że aż raziła w oczy. Płaszcz za jeźdźcem opotał, a wiatr zdmuchnął mu kaptur z głowy; złociste włosy rozsypały się na ramiona przybysza. Jeździec ściągnął wodze, wsztrzymał konia i spojrzał w moim kierunku.
- Narwenna? - zapytał i zeskoczył z konia. Poznałam go to był Caleb, mój dawny przyjaciel. Podszedł do konia.
- Co tu robisz?
- Wojna się skończyła pierścień zniknął...Wracam do Rivendell tak jak wszyscy po 10latach...
- Gdzieś ty była przez te 10lat?
- Ukrywałam się, ale to długa historia...I potrzeba na nią dużo czasu...
Proszę o pomoc, ponieważ chcę, aby ten blog podobał się głównie wam, jeśli coś wam nie pasuje, piszcie w księdze gości.
skomentuj (2)